Artystyczna dusza i biznesowe podejście

dr n. med. KRZYSZTOF GOJDŹ właściciel sieci Holistic Clinic

W krótkim czasie zyskał status najbardziej rozpoznawalnego w Polsce lekarza medycyny estetycznej. Z mediów znamy go jako zaangażowanego w pomaganie ludziom empatycznego pana doktora. Na wizytę u niego trzeba czekać rok. Z nami doktor Krzysztof Gojdź rozmawia o tym, jakim jest managerem i o biznesowej stronie swojej pracy.

BEAUTY INSPIRATION: Kiedy zrodziła się w Tobie myśl o założeniu salonu medycyny estetycznej? Bo można zostać lekarzem pracując u kogoś i można od razu założyć swój biznes. Czy w tym przypadku był to skok na głęboką wodę?

KRZYSZTOF GOJDŹ: Nigdy nie widziałem siebie w jakichś feudalnych stosunkach, w pracy w szpitalu pod kierownictwem ordynatora. Jestem idealistą i nie pozwoliłbym sobie na kierowanie moją osobą. Jeżeli chodzi o medycynę estetyczną to zawsze chciałem się tym zajmować, ponieważ jest to takie wyżycie się artystyczne. Jeżeli ktoś ma w sobie coś z artysty, to powinien otwierać gabinet, a nie pracować pod egidą. Dlatego bez zastanawiania się stwierdziłem, że otwieram własną klinikę medycyny estetycznej, najpierw jedną, potem drugą i trzecią. Zawsze wierzyłem w siebie i w to, że mogę być najlepszy w tym fachu. Myślę, że jestem jednym z najlepszych w Polsce. Nie mówię, że najlepszy, bo w niektórych specjalizacjach są lepsi, ale uważam, że jednym z topowych. Jestem prelegentem chętnie zapraszanym na wykłady na całym świecie. Szkolę młodych lekarz.

BI: A jeżeli chodzi o założenie samej kliniki? Miałeś wiedzę lekarską, ale czym innym jest wiedza biznesowa, bo trzeba zainwestować pieniądze i wiedzieć jak zarządzać ludźmi…

KG: Skończyłem z wyróżnieniem SGH, ale nie tworzyłem biznesplanu. Po prostu szedłem na żywioł, chciałem otworzyć klinikę, najlepszą, o nowoczesnych wnętrzach i po prostu inwestowałem w to pieniądze. Dla mnie intuicja i wiara w to, że będę jednym z najlepszych sprawiły, że każdy biznes, jaki w życiu otwierałem był na topie. Tym bardziej, że w Polsce ludzie, którzy osiągnęli sukces na tym rynku nie chcą się podzielić wiedzą. Natomiast ja chętnie dziele się wiedzą, na przykład podczas waszej, najbliższej konferencji Lider Biznesu Beauty.

BI: Czytając biografie ludzi sukcesu można zauważyć ten sam schemat ich działania –  wiara w siebie i determinacja. Czy ktoś Ci pomagał w założeniu biznesu?

KG: Nikt mi nie pomagał. O wszystkim decydowałem sam, począwszy od aranżacji wnętrza tej kliniki, poprzez wybór  każdego pojedynczego sprzętu i  kosmetyków. Na sobie też większość rzeczy testowałem i wiem co działa, a co nie działa. Wiem co mogę polecać swoim pacjentom. Od dwóch lat zatrudniam  z sukcesem managera Oskara Litwina, który wyręcza mnie z większości obowiązków, ale na początku to była bardzo ciężka praca. Nie mogłem  liczyć na to, że ktoś mi pomoże, choćby dlatego bo byłem potencjalną konkurencją. Zainwestowałem dużo czasu i środków w znalezienie optymalnej technologii. Odwiedziłem najlepsze kliniki w USA, i Azji i uczyłem się tam od mistrzów.

BI: Powiedziałeś, że teraz swoją wiedzą dzielisz się z innymi. Czy sam też się jeszcze uczysz?

KG: Cały czas się uczę.  Wykładam w Amerykańskiej Akademii Medycyny Estetycznej, jeżdżę po Azji i Australii i tam szkolę lekarzy. Kilka dni temu wróciłem z Azji, gdzie wykładałem w Kuala Lumpur, za dwa tygodnie lecę do Hongkongu, później do Sydney, Indonezji, znów do Hongkongu i do Miami. Cały czas się doszkalam i aktualizuję wiedzę na potrzeby moich wykładów. Podczas kongresów, na których występuję, mam styczność z zagranicznym know-how. Podsłuchuje moich kolegów wykładowców, którzy przyjeżdżają z nowymi rzeczami, więc na bieżąco mogę się rozwijać.

BI: Wracając jeszcze do początków kliniki. Czy napotkałeś na jakieś bariery, trudności? Jak udało się je przezwyciężyć?

KG: Trudny był przede wszystkim sam moment otwarcia kliniki. Miałem tą świadomość, że jest piękna i nowoczesna, ale wiedziałem też,  że jestem całkowicie nieznany, dlatego, że mieszkałem pięć lat poza granicami Polski. Nie miałem żadnych pacjentów więc uznałem, że trzeba ich krok po kroku zdobywać. Rynek medycyny estetycznej nie działa tak, że wrzuci się reklamę do gazety i ktoś od razu przyjdzie. Tutaj skuteczny jest tylko i wyłącznie marketing szeptany. 80 proc. to są pacjenci z polecenia, 20 proc. z programów telewizyjnych i pacjenci poszkodowani przez życie czy przez los. Dlatego od początku musiałem pokazywać się w telewizji i reklamować swoje nazwisko, więc to był dla mnie najtrudniejszy moment, który trwał kilka tygodni. Przez pierwszy rok zdobywałem zaufanie pacjentów.

BI: Wyczytałem gdzieś, że początkowo chciałeś  być księdzem lub artystą. Czy nie masz wrażenia, że  to co dziś robisz jest wypadkową tych dwóch zawodów?  Realizuje się w pomaganiu ludziom jak ksiądz i tworzysz piękno ludzkiego  ciała jak artysta.

KG: Mój wybór ścieżki kariery wynika właśnie z empatii, którą posiadam. Nie stać mnie było, żeby być lekarzem i ja nie jestem wypalony zawodowo tak jak większość polskich lekarzy. Moja praca jest moją  pasją, wynika z chęci niesienia pomocy, a to, że przy okazji tej pomocy można zarabiać pieniądze to już jest druga sprawa. To jest też klucz do sukcesu, że wiem że nie muszę, że mogę i sprawia mi to przyjemność, bo właśnie to jest moja pasja. Pacjenci też to czują. Jestem znany z tego, że nie namawiam pacjentów na zabiegi, które i tak wiem, że nie pomogą, bo dla mnie liczy się przede wszystkim efekt. Zawsze powtarzam moim studentom, że jeżeli nie mają w sobie tego zacięcia artystycznego i widzenia przestrzennego, to mogą być dobrym technicznie lekarzem, ale nigdy nie staną się mistrzem. Wracając do wątku o księdzu… Tak, chciałem nim zostać, może dlatego że mam empatię dla ludzi, a dwa to długo nie pracowałem w zawodzie, bo nie było mnie na  to żeby utrzymać mnie w Warszawie. Robiłem po drodze różne rzeczy, ale zawsze moim marzeniem było żeby do tego zawodu wrócić.

BI: Czyli tutaj tak naprawdę studia niewiele dadzą. Można być dobrym technikiem, ale w medycynie estetycznej co innego jest istotne – zmysł artystyczny, którego nie da się wyuczyć?

KG: Absolutnie tak. Maksymalnie dziesięć procent lekarzy ma ten zmysł, a reszta niestety jest tylko rzemieślnikami. Po twarzy widać kto nad nią  pracował. Chociaż operacja przebiegła pomyślnie to nie zawsze twarz wygląda harmonijnie.

BI:  Jakie to ma przełożenie na rzeczywistość biznesową? Czego uczysz lekarzy  i personel w swoich klinikach?

KG: Na pewno podejścia do pacjenta, jak również i do klienta w Polsce szwankuje. Widać to także w innych branżach, np. w restauracyjnej. Co więcej, lekarzom, którzy zaczynali pracę w POZ, a potem otworzyli własne kliniki medycyny estetycznej ciężko jest zmienić stosunek do pacjenta. Nadal traktują go jako petenta. W moich klinikach zarówno konsultantki (u mnie nie ma recepcjonistki) jak i lekarze muszą wykazywać się nienaganną kulturą osobistą. Staramy się wybierać takie osoby do zespołu, z których emanuje ciepło i są empatyczne. Często spotykam się z zespołem i dyskutujemy, jak jeszcze lepiej obsługiwać pacjentów.

BI: W telewizji widzimy Cię jako miłego i empatycznego pana doktora, ale jako manager jednak musisz mieć silną rękę…

KG: Ja nie mam silnej ręki. Jestem totalnie miękki i dobry dla ludzi, oczywiście do momentu kiedy nie stracę zaufania. Jeżeli ktoś go nadużyje,  to nie daję drugiej szansy. Współpracowałem kiedyś z managerem, który zamówił strzykawek i igieł tyle, że wystarczyłoby mi do 2030 roku. Domyśliłem się, że mógł mieć od tak dużego zamówienia dodatkowe profity, więc taką osobę zwolniłem. Nie złapałem jej za rękę, ale się domyślałem. Bardzo często osobom, które nie pasują  do zespołu pomagam znaleźć inną pracę.

BI: Oczywiście nie wszyscy pasują wszędzie.

KG: Przede wszystkim zatrudniam ludzi, których znam długo i im ufam. Chociaż lekarze to jest  specyficzna grupa. Żyją w przekonaniu, że jeśli wyrobią sobie markę, to otworzą własną klinikę. Nie mam nic przeciwko dzieleniu się zyskiem z lekarzami. Co więcej, dodatkowo mogą uczyć się ode mnie za darmo, bo im przekazuję swoją wiedzę, a normalnie powinni za to płacić grube pieniądze na rynku.

BI: Co jest wyznacznikiem tego, że mówisz o swojej klinice jako o najlepszej w Polsce?

KG: Dla mnie jest jeden wyznacznik sukcesu – ilość pacjentów, szczególnie tych którzy przychodzą tu z polecenia i ci którzy wracają. Najbliższa wizyta, na którą się można u mnie zapisać to jest kwiecień 2018, więc trzeba poczekać około 12 miesięcy. Do innego lekarza czeka się czasami do dwóch miesięcy. Uważam, że nie ma takiej kliniki w warszawie czy nawet Polsce, która cieszyłaby się taką popularnością.
BI: Masz już trzy kliniki i budują się dwie kolejne. Kiedy będzie ich otwarcie i czy będą w nich jakieś nowości?

KG: Nowa klinika w Warszawie będzie otwarta już w połowie czerwca i będziemy rozszerzać tam liposukcję i przeszczep włosów do którego ściągamy dobrego lekarza z Francji. Do tego rozwijamy trychologię. Również ma powstać klinika witaminowa, w której będą zabiegi oparte  na badaniach klinicznych.

BI: Jak wiesz na rynku występuje pewien konflikt między lekarzami a kosmetologami. Jak to postrzegasz i gdzie Twoim zdaniem leży granica kompetencji tych zawodów?

KG: Dla mnie to jest jasne. Wyznaczają ją polskie towarzystwa, które mówią, że kosmetolog nie powinien przekraczać bariery naskórkowo-skórnej, czyli żaden laser, żaden botoks, co najwyżej epilacja. Z drugiej strony u mnie nawet epilacja jest pod okiem lekarza, który ocenia stan skóry. Uważam, że mezoterapia skóry głowy czy twarzy powinna być wykonana przez lekarza. Bardzo blisko współpracuję z kosmetyczkami, które przygotowują twarz do zabiegu, np. do lasera czy mezoterapii, a później po zabiegu kontynuują i podtrzymują efekty.


Motto biznesowe?

Zawsze do przodu i z pasją

Największą satysfakcje w pracy daje mi:

Możliwość pomocy pacjentom poszkodowanym przez los.

Najważniejsza cecha dobrego managera:

Nie jestem dobrym managerem ani biznesmenem, bo ja nie patrzę na klinikę jako maszynkę do zarabiania pieniędzy, ale bardziej jako na pomoc ludziom. Nigdy nie robiłem czegoś takiego jak strategia działania. Uważam, że jestem skazany na sukces, bo każdy biznes jaki otwierałem był sukcesem. Uważam, że jeżeli robi coś fajnego z pasją, to te pieniądze przyjdą.

Recepta na sukces

Pewność siebie i odwaga. Pewien doktor, z którym znamy się dwadzieścia kilka lat podziwia mnie za to że mam odwagę, nigdy nie patrzę za siebie i nigdy nie miałem porażki, że idę cały czas do przodu i realizuję swoje marzenia.


BI: Co byś powiedział młodemu absolwentowi szkoły medycznej, czy kosmetologowi z  pomysłem na biznes beauty?

KG: Przede wszystkim żeby nie oszczędzał pieniędzy na swoim rozwoju, na szkoleniach i żeby je świadomie wybierał. My też w niedługim czasie zaczniemy robić szkolenia, ale nie będą należały do najtańszych. Moja stawka jest znana wśród lekarzy i wynosi trzy tysiące dolarów za szkolenie, więc nie każdego będzie stać. Warto też takie pieniądze zainwestować, bo one się dosyć szybko zwrócą jeżeli nauczysz się dobrych technik zabiegów i dobrego spojrzenia na twarz.

BI: Kiedy czujesz największą satysfakcję z pracy?

KG: Kiedy mogę pomóc osobom poszkodowanym, wykluczonym społecznie np. przez blizny. A najbardziej jak dziecko mówi mi: „dziękuje panie doktorze”. Pacjenci komercyjni, którzy przychodzą na zabiegi upiększające oczywiście też mnie radują, ale mniej. Oczywiście cieszę się, że udało się kogoś postawić na nogi i może otworzyć się na nowe związki i nowe życie. Często po kilku zabiegach ludzie zaczynają na nowo żyć.

BI: Czy masz takiego pacjenta, taki zabieg z którego jesteś najbardziej dumny?

KG: Myślę, że to był zabieg, jaki wykonaliśmy w programie telewizyjnym. Nagrywaliśmy pierwszy odcinek  mojego programu telewizyjnego gdzie bohaterami byli chłopcy poparzeni w pożarze  samochodu. To była sytuacja kiedy nie tylko ja, ale i cała ekipa nie mogła tego nagrywać, bo to były takie emocje. Ten odcinek obejrzało 2 miliony ludzi. Ja z tymi chłopakami cały czas jestem w kontakcie, czasami jeżdżę do nich do domu lub oni odwiedzają mnie. Cały czas laserujemy im buźki żeby lepiej wyglądali. To, że mogliśmy im pomóc jest ogromną satysfakcją. Myślę, że będą to pamiętać do końca życia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Mariusz Nieścior

Artykuł pochodzi z BEAUTY INSPIRATION 3/2017

 

Facebook

YouTube