Wewnętrzna siła

Sylwia preiss350

Sylwia Preiss, masażystka, właścicielka warszawskiego salonu Impresja Body Spa

„Wywiad z managerem” to nowy cykl, pojawiający się w magazynie wraz z jego nową nazwą. W każdym wydaniu będziemy Państwu przedstawiać sylwetki managerów, właścicieli obiektów beauty, o których możemy powiedzieć, że odnieśli sukces. Teraz mogą dzielić się swoimi doświadczeniami i inspirować innych swoją historią. Na pierwszą rozmowę zaprosiliśmy Sylwię Preiss, właścicielkę warszawskiego salonu Impresja Body Spa, której udało się spełnić swoje zawodowe, a także życiowe marzenie jeszcze przed 25 rokiem życia. Nigdy nie stoi w miejscu, co wyraża się w jej biznesowym motcie. Rozmowę z Sylwią polecam każdej osobie, która potrzebuje zarazić się porządną dawką energii.

BEAUTY INSPIRATION: Jakie były początki Pani salonu?

SYLWIA PREISS: Salon Impresja Body Spa istnieje już 3 lata. Decyzję o jego założeniu, podjęłam z konkretnego powodu – chciałam kupić mieszkanie. Stwierdziłam, że pracując u kogoś na etacie nie dostanę takiej zdolności kredytowej. Dlatego zdecydowałam, by otworzyć coś swojego. Mocno zaryzykowałam, nie miałam finansowej rezerwy, postawiłam wszystko na jedną kartę. Kocham to, co robię i doskonale się w tym odnajduję. Stwierdziłam, że jestem w tym dobra i sobie poradzę. Po prostu nie dopuszczałam innej myśli. Na początku wynajmowałam jedno pomieszczenie, później zdecydowałam się przejąć cały lokal. Udało mi się tak rozkręcić biznes, że po roku kupiłam mieszkanie, co jest dla mnie ogromnym sukcesem. Szło mi coraz lepiej. Niestety po dwóch latach przyszedł kryzys, do czego przyczynili się głównie moi pracownicy, którzy zaczęli sprzedawać zaproszenia i karnety za moimi plecami. Przez osiem miesięcy walczyłam o utrzymanie firmy. Nie poddałam się i nie zamknęłam salonu. Było bardzo ciężko, zostałam zupełnie sama: sama pracowałam, sama przyjmowałam klientów, sama zajmowałam się wszystkim – od sprzątania po zarządzanie. Ograniczyłam wszystkie koszty maksymalnie.

BI: Jak doszło do tej sytuacji?

SP: Byłam bardziej skupiona na mieszkaniu, kredycie i remoncie, straciłam kontrolę nad pracownikami i rozliczeniami, obdarzyłam zespół zbyt dużym zaufaniem. To był bardzo zgrany zespół, pracowałam z nimi ponad dwa lata. Mieliśmy dobre obroty, było wręcz idealnie. W tym czasie urządzałam mieszkanie i często nie było mnie w salonie. Moje pracownice widziały, że wydaję na remont dużo pieniędzy i stwierdziły, że one też muszą mieć ich więcej. Wykorzystały mój brak uwagi i moją nieobecność. Pojawiła się zazdrość i chciwość. Ich wynagrodzenie im przestało wystarczać i chciały więcej i więcej. Zaczęły „dorabiać”, sprzedając mnóstwo karnetów, a do systemu wprowadzając np. tylko dwa.

BI: Po dwóch latach mogła Pani już sobie pozwolić na zaufanie wobec pracowników…

SP: Uważam, że nigdy nie należy ufać do końca i zawsze trzeba mieć kontrolę inaczej system padnie. Są takie jednostki, które, mówiąc kolokwialnie, „mają parcie” na pieniądze. Jeśli widzą, że ktoś ma więcej, to chcą jeszcze więcej, albo co najmniej tyle samo co druga osoba. Ta sytuacja to na pewno też mój błąd. Zawsze chciałam mieć zespół, a nie być twardym szefem, ale okazuje się, że tak się nie da. Szef musi być górą. Nie można tworzyć przyjaźni między pracodawcą a pracownikiem. To nie zdaje egzaminu

BI: Jak Pani sobie z tym poradziła?

SP: Jestem bardzo silna i zdeterminowana. Jeżeli chcę osiągnąć swój cel, to to zrobię. Będę pracować od rana do nocy, ale nie poddam się i nie pozwolę sobie na porażkę, bo to by ugodziło mojej godności. Podniosłam się z tego kryzysu, zatrudniłam nowych pracowników, zyskałam nowych klientów i odbiłam się finansowo. Teraz jestem na takim etapie, że chciałabym przenieść się do większego lokalu, żeby mieć więcej gabinetów i móc przyjmować więcej klientów, poszerzyć ofertę o szklenia czy imprezy okolicznościowe, a obecny salon odsprzedać (…)

Agnieszka Michna

Czytaj cały artykuł w DARMOWYM WYDANIU BEAUTY INSPIRATION 1/2015

Facebook

YouTube