Zaściankowy branding

ALEXRozmawiając ostatnio z moją dobrą przyjaciółką, znaną specjalistką spa w Rosji, zwróciliśmy uwagę na niepokojące zjawisko związane z polskim biznesem spa. Uczestniczyła ona ostatnio w konferencji „Professional Spa & Wellness Convention” w Londynie, reprezentując część rosyjskiego rynku spa i wellness. Nie dostrzegła tam żadnych interesujących przedstawicieli branży spa z Polski. Doszła do wniosku, że być może Polski biznes spa nie istnieje wcale bądź nie ma nic oryginalnego do pokazania. Była bardzo zdziwiona, gdy wyjaśniłem jej, że w Polsce istnieje wiele ciekawych obiektów i świetnych brandów, które warto byłoby pokazać światu. Pytanie brzmi – dlaczego nic z tym nie robimy?

Muszę przyznać, że to naprawdę zastanawiające – mamy w Polsce do czynienia z przedziwną sytuacją. Wygląda to tak, jakby polscy inwestorzy i właściciele spa celowo… odcinali się od możliwości „rozwinięcia skrzydeł” na arenie międzynarodowej. Czyżby kompleks niższości i lęk przed konfrontacją z zachodnimi, „lepszymi” firmami? A może polscy inwestorzy po prostu nie wiedzą, że mogliby to zrobić? „To”, czyli wejść do międzynarodowej, poważnej gry o zamożnego klienta? A może chodzi o to, że zachodni klient jest zbyt wymagający jak na polskie standardy? W przypadku niektórych polskich obiektów i brandów spa może faktycznie być to prawdą, jednak eksportuje się przecież najlepsze wzorce, a tych kilka jednak w Polsce mamy. W obecnych czasach trzeba myśleć bardziej globalnie, bo ten, kto stoi w miejscu, temu rzeczywistość po prostu w końcu ucieknie.

Niechęć do działania i rozwijania swojego brandu na planie międzynarodowym może mieć jeszcze inne podłoże – wielu Polaków wciąż uważa – „co zagraniczne, to lepsze”. Stąd mnóstwo inwestorów nie tworzy ciekawych projektów, mimo że mogliby – za to bardzo chętnie ściągają zagraniczne marki do siebie.

Co na tą całą sytuację zaradzić? Nie ma co wyważać otwartych drzwi, jest na to sprawdzona metoda. Potrzebna jest wewnętrzna, instytucjonalna konsolidacja rynku spa i wellness w Polsce. Wszyscy muszą zapomnieć o dawnej polskiej zasadzie: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”, która okazała się bardzo szkodliwa dla jedności i stabilności wielu przedsięwzięć w tym kraju. Sukcesy na polu międzynarodowym wymagają współpracy z innymi – traktowanie wszystkich i zawsze jako wrogą konkurencję jest błędem. Nadszedł czas wspólnych działań – potrzebny jest poważny ruch zrzeszający i regulujący działania branży spa w Polsce. Czemu dotychczas było to niemożliwe? Czyżby dlatego, że wielu właścicieli spa w Polsce to… amatorzy traktujący obiekt spa tylko jako wygodną zabawkę dla żony lub córki, a kondycja całego rynku w ogóle ich nie obchodzi? W wielu przypadkach to prawda. Spa zajmują się często kobiety (lub mężczyźni) z rodzin zamożnych biznesmenów, które bez wsparcia zaplecza ich potężnego protektora nigdy, w normalnych warunkach rynkowych, nie zdołałyby „rozwinąć skrzydeł”, a przynajmniej nie w takim stopniu. Może nie ma w tym nic złego, problem leży w tym, że wiele polskich brandów i obiektów tworzonych przez polskich zamożnych inwestorów ma świetne warunki do rozwoju – są pieniądze, dobre pomysły, tylko że… na tym koniec. Schemat jest często podobny – inwestor ma bardzo dobry hotel spa, ale nie poszedł „za ciosem” i spoczął na laurach.

Wielu właścicieli hoteli narzeka na brak zamożnej klienteli z zagranicy. Ale przecież żeby oni przyjeżdżali, trzeba wyjść na arenę międzynarodową – należy odpowiednio się zaprezentować, budując pozytywny obraz własnej marki w oczach tamtych klientów. A to robi się tylko na dwa sposoby: uczestnicząc w imprezach międzynarodowych lub tworząc obiekt pokazowy za granicą. Jestem pewien, że żadnej z tych możliwości jeszcze nikt w Polsce nie wykorzystał. Efekt całej tej sytuacji jest taki, że dopóki duży wpływ na polski rynek spa będzie miał trend „zabawy w spa”, nikt stąd nie będzie traktowany poważnie za granicą.

Alexey Moguchev

Artykuł pochodzi ze Spa Inspirations 3/2014 – wydanie drukowane / e-wydanie

Facebook

YouTube